Przy trzech czy czterech ulach można jeszcze liczyć na pamięć. Przy kilkunastu przestaje to działać zaskakująco szybko. Po tygodniu pamiętasz, że w którymś ulu były mateczniki, jedna rodzina dostała dodatkowy korpus, a gdzieś indziej matka czerwiła podejrzanie słabo. Tylko który to był ul?
Notatki pasieczne nie mają być pamiętnikiem. Nie interesuje mnie zapisywanie, że „pszczoły pracowały ładnie, pogoda była dobra”. Potrzebuję informacji, na podstawie których podczas następnej wizyty wiem, który ul otworzyć najpierw i czego w nim szukać.
Sam raz przekonałem się, ile kosztuje jedno niezapisane zdanie. Po poddaniu matki zaznaczyłem sobie w głowie, że mam ją sprawdzić przy następnym przeglądzie. Numeru ula nie zanotowałem. Tydzień później przez dobre 40 minut przekładałem ramki w rodzinie, w której wszystko wyglądało poprawnie, zanim zorientowałem się, że szukam matki w złym ulu. Tego dnia system notatek uprościłem do bólu.
Data, numer ula, co zobaczyłem, co zrobiłem i co mam zrobić następnym razem. Tyle. Cała reszta jest dodatkiem.
Co zapisywać o matce, czerwiu i zachowaniu rodziny?
Każdy wpis zaczynam od daty i numeru ula. Bez tego reszta traci sens. Dopisuję też powód otwarcia rodziny, bo czym innym jest pełny przegląd gniazda, a czym innym szybkie dołożenie nadstawki bez wyciągania ramek.
Dobry zapis może wyglądać tak:
18 maja, ul 14 – kontrola przed rójką. Jaja są, matki nie szukałem. Czerw na ok. 7 plastrach, zwarty. Trzy puste miseczki. Ciasno. Dostały korpus z węzą. Sprawdzić ponownie za 6–7 dni.
Taki wpis ma dla mnie większą wartość niż pół strony opisów.
Nie szukam też matki przy każdym otwarciu ula. To jeden z częstszych błędów początkujących. Jeżeli widzę świeże jaja, prawidłowe larwy i zwarty czerw, mam informację, której potrzebowałem. Grzebanie przez kolejne dziesięć minut tylko po to, żeby zobaczyć kolorową kropkę na grzbiecie matki, nie poprawi sytuacji rodziny.
Inaczej postępuję po poddaniu nowej matki, przy podejrzeniu bezmateczności, przygotowaniu odkładu czy konkretnej manipulacji wymagającej jej znalezienia. Wtedy zapis „są jaja” to za mało.
Przy matce notuję przede wszystkim:
- rok pochodzenia i oznaczenie, jeśli je znam,
- datę poddania lub rozpoczęcia czerwienia,
- pochodzenie matki,
- ocenę czerwienia,
- zauważone mateczniki,
- uszkodzenia albo inne problemy.
Można stosować prostą skalę A–C. A oznacza matkę, do której na razie nie mam zastrzeżeń: czerw jest zwarty, rodzina rozwija się szybko, nie widzę chronicznych problemów. B zostawiam matkom przeciętnym. C jest sygnałem do dokładniejszej obserwacji i ewentualnej wymiany.
Nie wymieniałbym jednak matki tylko dlatego, że podczas jednego przeglądu czerw wyglądał słabo. Rozstrzelony czerw może być skutkiem problemu z matką, ale również niedoboru pokarmu, pogody, choroby czy silnego porażenia warrozą. Jedna ramka nie jest wyrokiem. Powtarzający się wzór już tak.
Z czerwiem jest podobnie. „Dużo czerwiu” nic mi nie mówi.
Znacznie lepszy jest zapis: „6 plastrów czerwiu, w większości 1/2–3/4 powierzchni, są jaja i młode larwy”. Przy kolejnym przeglądzie mogę to porównać z poprzednim wynikiem.
Nie ma potrzeby liczenia każdej komórki. Wystarczy trzymać się jednego systemu. Ja wolę szacowanie powierzchni plastra: 1/4, 1/2, 3/4 albo cały plaster. Jeśli dwie ramki są zaczerwione mniej więcej w połowie, traktuję je w notatkach jako odpowiednik jednego pełnego plastra.
Najważniejsze, żeby nie zmieniać metody co tydzień.
Osobno zaznaczam wszystko, co przy czerwiu wygląda źle: zapadnięte albo podziurawione zasklepy, martwe larwy, nietypowy zapach, mocno nierówny wzór. Nie wpisuję od razu diagnozy choroby, jeżeli jej nie potwierdziłem. Zapisuję objaw. Podejrzenie choroby zakaźnej wymaga już postępowania zgodnego z aktualnymi zasadami weterynaryjnymi, a nie diagnozy robionej na oko przy ulu.
Drugą rzeczą, którą łatwo zlekceważyć, jest zachowanie rodziny.
Nie lubię określenia „złośliwa rodzina” bez dodatkowego komentarza. Pszczoły potrafią rzucać się do siatki przy kończącym się pożytku, przed burzą albo podczas rabunku, choć tydzień wcześniej pracowało się przy nich bez rękawic.
Jeżeli jednak przez kilka kolejnych pogodnych przeglądów jedna rodzina regularnie wali w siatkę, obsiada ręce i odprowadza mnie kilkadziesiąt metrów od pasieki, zapisuję to przy matce. To już nie jest przypadek. Przy wymianie matek taka rodzina trafia wysoko na listę.
Najwięcej informacji zapisuję w okresie rojowym.
Nie wystarczy „mateczniki – zerwane”. Potrzebuję wiedzieć, ile ich było, gdzie się znajdowały, czy były zaczerwione i co zrobiłem z przyczyną problemu.
Samo zerwanie mateczników często kupuje tylko kilka dni. Jeżeli matka nadal nie ma miejsca do czerwienia, nadstawka jest zalana nektarem, a pszczoły wiszą na mostku, sytuacja za chwilę wróci.
Przekonałem się o tym przy rzepaku. Jedna mocna rodzina dostała miejsce później niż pozostałe. Przy przeglądzie zanotowałem mateczniki, ale nie wpisałem jej jako ula do pilnej ponownej kontroli. Kilka dni później na pasieczysku stało kilkanaście podobnie wyglądających rodzin i nie byłem już pewien, która to była. Pamiętałem tylko, że „jedna szykowała się do rójki”. Niewiele brakowało, żebym przypomniał sobie dopiero wtedy, gdy rój siedziałby już na gałęzi.
Dlatego wpis dotyczący rójki zawsze kończę konkretnym terminem: sprawdzić za 4 dni, 6 dni albo 7 dni. Nie „zajrzeć później”.
Leczenie, karmienie i miodobranie – tutaj pamięć nie wystarczy
Przy leczeniu notatki przestają być wyłącznie pomocą organizacyjną. Mamy do czynienia ze zwierzętami produkującymi żywność, weterynaryjnymi produktami leczniczymi i miodem trafiającym później do ludzi.
Dlatego wpis „warroza zrobiona” jest praktycznie bezwartościowy.
Zapisuję nazwę zastosowanego produktu, datę rozpoczęcia zabiegu, ule, których dotyczył, dawkę i sposób zastosowania oraz termin zakończenia zabiegu albo usunięcia pasków, jeżeli dany produkt tego wymaga. Przy preparatach leczniczych kieruję się aktualną charakterystyką i instrukcją konkretnego produktu, a nie schematem zapamiętanym sprzed kilku sezonów.
To ważne również dlatego, że zostawienie pasków „jeszcze na trochę, żeby lepiej zadziałały” nie jest dobrym pomysłem. Dłużej nie znaczy skuteczniej.
Do tego dochodzi kontrola warrozy. Sam wpis procentowy bez informacji o metodzie potrafi wprowadzić w błąd. Jeśli zapisuję wynik, dopisuję, czy pochodził z osypu, próby alkoholowej, testu cukrowego czy innej zastosowanej metody oraz jak wyglądała próbka.
Dokumentacja stosowania weterynaryjnych produktów leczniczych w rodzinach pszczelich nie powinna być improwizowana. Dowodów zakupu i wymaganej dokumentacji nie wyrzuca się po zakończeniu sezonu. Obowiązujące w UE zasady dotyczące zwierząt, od których pozyskuje się żywność, przewidują wieloletnie przechowywanie odpowiednich zapisów, więc przed stworzeniem własnego formularza trzeba sprawdzić aktualny zakres wymaganych danych dla stosowanych produktów.
Przy karmieniu robię odwrotnie: upraszczam.
Nie piszę „podano syrop”. Zapisuję konkretnie:
Ul 8 – dostały 4 l syropu 3:2, uzupełnianie zapasów, łącznie dotychczas 12 l. Sprawdzić pobieranie za 4 dni.
Potoczne „dostały wiadro” działa podczas rozmowy na pasiece, ale po dwóch miesiącach chciałbym wiedzieć, co rzeczywiście było w tym wiadrze i ile tego było.
Trzeba też odróżniać ilość przygotowanego pokarmu od ilości podanej konkretnej rodzinie. Przy większej pasiece nietrudno zrobić 30 litrów syropu, rozlać go między kilka rodzin, a później próbować odtworzyć z pamięci, która dostała 3 litry, a która 5.
Nie zakładam również, że wszystko, co wlałem do podkarmiaczki, zostało pobrane. Jeżeli rodzina nagle przestaje brać pokarm, najpierw sprawdzam rodzinę i sprzęt. Dolewanie następnego wiadra do ula, który już ma problem, potrafi tylko dołożyć następny.
Przy miodobraniu warto natomiast zejść z poziomu „pasieka dała 320 kg” do poziomu konkretnych rodzin.
Nie zawsze da się zważyć miód z każdego ula z dokładnością do kilograma. Jeżeli ramki z kilku rodzin trafiają do jednej miodarki, wynik będzie orientacyjny. Nadal jednak można notować liczbę zabranych korpusów, liczbę plastrów albo ważyć korpus przed i po wirowaniu.
Dzięki temu po dwóch czy trzech sezonach zaczyna być widać rzeczy, których nie pokaże pojedynczy przegląd: które linie matek dają regularnie mocne rodziny, które ule zużywają ogrom pracy przy przeciętnym wyniku i który pożytek naprawdę przynosi nadwyżkę.
Wilgotność miodu zapisuję przy konkretnej partii, a nie „dla sezonu”. Jeden pomiar z jednego plastra nie oznacza jeszcze, że cała partia ma identyczny wynik.
Zeszyt, aplikacja, cegła na daszku – system ma działać przy otwartym ulu
Na papierze aplikacja pasieczna wygrywa prawie ze wszystkim. Historia ula, przypomnienia, filtrowanie rodzin, leczenie, karmienie, wyniki zbiorów, eksport danych. Problem zaczyna się po zdjęciu daszka.
Masz rękawice. Telefon leży w kieszeni. Na palcach kit pszczeli. Słońce odbija się od ekranu tak, że nic nie widać. Ściągasz rękawicę, próbujesz coś wpisać, pszczoła wchodzi pod mankiet. Telefon zaczyna się kleić. Po chwili na ekranie masz propolis, wosk i ślady palców.
Po trzecim ulu odechciewa się cyfryzacji.
Dlatego najlepszy system notatek nie jest tym najbardziej nowoczesnym. Jest tym, którego naprawdę używasz przy każdym przeglądzie.
Przy kilku ulach papier nadal sprawdza się bardzo dobrze. Najwygodniejsze są osobne karty rodzin albo strony przypisane konkretnym ulom. Jeden chronologiczny zeszyt dla całej pasieki szybko robi się niewygodny, bo chcąc odtworzyć historię ula numer 12, przekopujesz kilkanaście stron.
Na pasiece przydają się też skróty:
- MW – matka widziana,
- J – są jaja,
- MR – mateczniki rojowe,
- MC – cicha wymiana,
- W – dodana węza,
- N – dodana nadstawka,
- K – karmienie.
Legendę zapisuję na początku zeszytu. To nie żart. Po zimie naprawdę można patrzeć na własne „M3/W+” i zastanawiać się, co autor miał na myśli.
Przy kilkunastu lub kilkudziesięciu rodzinach aplikacja zaczyna mieć większy sens, szczególnie jeśli pasieka stoi w kilku miejscach albo pracują przy niej dwie osoby. Szukałbym przede wszystkim programu, który ma historię każdego ula, zadania z terminami, rejestr leczenia i karmienia, możliwość eksportu oraz kopię zapasową.
Eksport jest dla mnie ważniejszy niż połowa efektownych funkcji. Jeżeli po kilku latach nie mogę wyciągnąć swoich danych do CSV, PDF albo innego powszechnego formatu, staję się zakładnikiem jednego programu.
Nie rezygnowałbym jednak z prostych, „brudnych” metod terenowych.
Cegła na daszku potrafi być lepszym przypomnieniem niż aplikacja.
Ustalasz własny kod. Przykładowo:
- cegła leży normalnie – bez pilnej interwencji,
- stoi pionowo – zajrzeć przy następnym obchodzie,
- obrócona w poprzek – pilna kontrola,
- przesunięta na konkretny róg – ustalone wcześniej znaczenie, np. problem z matką.
To oczywiście nie jest dokumentacja. Nie zastąpi notatnika ani rejestru leczenia. Jest natomiast świetną pamięcią podręczną, gdy podczas przeglądu nagle widzisz coś, do czego trzeba wrócić, a nie chcesz brudzić telefonu.
Kod musi być prosty. Cztery pozycje cegły to jeszcze system. Dwanaście pozycji to już rebus.
Druga metoda to ołówek budowlany na powałce albo wewnętrznej stronie daszka. Data, dwa skróty, strzałka, termin. Na przykład:
18.05 – J, MR, +W → 24.05
Sześć sekund. I dokładnie wiadomo, czego szukać po ponownym otwarciu.
Ołówek jest lepszy niż marker, jeśli oznaczenia mają być robocze. Trzeba tylko uważać, żeby tymczasowych zapisków nie zamienić w jedyne miejsce przechowywania informacji. Po sezonie daszek może zostać zamieniony, powałka wyczyszczona, a korpus trafić do innej rodziny.
Dlatego stosuję zasadę: ul może przechowywać przypomnienie, ale historia rodziny musi mieć jedno główne miejsce.
Najgorszy system wygląda tak: trochę w aplikacji, trochę w zeszycie, coś na daszku, zdjęcie ramki w telefonie, a reszta „przecież zapamiętam”.
Nie zapamiętasz.
Jeśli dopiero zaczynasz, nie buduj rozbudowanego formularza z 25 polami. Po trzecim przeglądzie przestaniesz go wypełniać.
Zacznij od pięciu rzeczy:
data – stan matki – czerw – wykonana czynność – następne działanie.
Ostatnie pole jest najważniejsze.
„Ul 7 – matka jest, czerw dobry, dodano nadstawkę” opisuje przeszłość.
„Ul 7 – matka jest, czerw dobry, dodano nadstawkę, sprawdzić miejsce za 7 dni” mówi mi, co mam zrobić.
I właśnie po to prowadzę notatki.
FAQ – najczęstsze pytania o notatki pasieczne
Czy naprawdę trzeba robić notatkę po każdym otwarciu ula?
Jeżeli coś zrobiłeś albo zobaczyłeś informację mającą znaczenie dla następnego przeglądu – zapisuj. Nie musi z tego powstać raport. „Ul 4, 21.05 – dołożona nadstawka, gniazda nie ruszałem, kontrola za tydzień” w zupełności wystarczy.
Ile czasu powinno zajmować zapisanie jednego przeglądu?
Ja celowałbym w 30–90 sekund przy normalnej kontroli. Jeżeli rutynowa notatka zajmuje pięć minut, formularz jest za długi. Wyjątkiem jest leczenie, poddanie matki, podejrzenie problemu zdrowotnego albo inna czynność wymagająca dokładniejszej dokumentacji.
Czy przy każdym przeglądzie trzeba znaleźć matkę?
Zdecydowanie nie! Stracisz tylko czas i niepotrzebnie przedłużysz otwarcie rodziny. Jeśli widzisz świeże jajeczka i prawidłowy czerw, podczas zwykłego przeglądu najczęściej mam już odpowiedź, której potrzebuję. Matki szukam wtedy, kiedy mam konkretny powód: poddanie nowej, odkład, podejrzenie bezmateczności albo zabieg, przy którym muszę ją fizycznie znaleźć.
Co zapisywać, jeśli mam tylko kilka uli?
Nie komplikowałbym tego. Data, numer ula, jaja/matka, ilość czerwiu, problem, wykonane działanie i termin następnej kontroli. Przy pięciu ulach taka karta rodziny wystarczy na długo. Rozbudowaną aplikację zostawiłbym na moment, kiedy rzeczywiście zacznie oszczędzać czas.
Jak nie pomylić notatek z różnych uli?
Nadaj każdemu ulowi trwały numer i nie opieraj identyfikacji wyłącznie na kolorze. Przy kilku pasieczyskach użyj oznaczeń typu DOM-07, LAS-12, RZEPAK-03. Numer powinien być widoczny także wtedy, kiedy stoisz przy ulu w rękawicach i nie masz ochoty szukać małej naklejki z tyłu korpusu.
Co jest lepsze przy ulu: telefon czy zeszyt?
Telefon jest świetny do późniejszego przeglądania danych, a często kiepski do ich wpisywania przy otwartym ulu. Rękawice, ostre słońce, kit pszczeli i wosk skutecznie odbierają mu przewagę. Przy małej pasiece wybrałbym prostą kartę papierową. Przy większej – aplikację jako główną bazę, ale w terenie dopuściłbym skróty, notatkę głosową albo oznaczenie na ulu.
Czy cegła na daszku naprawdę ma sens?
Ma, pod warunkiem że traktujesz ją jako alarm, a nie dokumentację. Jeżeli obrócona cegła oznacza „ten ul sprawdź w pierwszej kolejności”, działa znakomicie. Jeżeli po dwóch tygodniach próbujesz sobie przypomnieć, czy cegła skierowana na północ oznaczała rójkę, brak matki czy karmienie, system jest za skomplikowany.
Co jest najważniejszą informacją w całej notatce?
Dla mnie: co robię następnym razem i kiedy. Stan rodziny opisuje sytuację. Termin kolejnego działania zamienia notatkę w narzędzie pracy. Jeśli masz dziś poprawić tylko jedną rzecz w swoich zapiskach, dopisuj na końcu każdego przeglądu konkretną decyzję: „kontrola za 4 dni”, „dać korpus przy następnej wizycie”, „sprawdzić czerwienie”, „usunąć paski 12 września” albo „nie otwierać przed następnym planowanym terminem”.


